Luther sezon 1 (2010)

Uwielbiam seriale. Naprawdę jestem maniaczką. Istnieje jakieś określenie na to, że nie da się przeżyć bez seriali? 😀 Pierwszy sezon serialu Luther sprawił, że przepadłam.

Edris Elba wcielił się w rolę detektywa John’a Luther’a, który tropi przestępców w mrocznym, owianym tajemnicą Londynie. Już w pierwszym odcinku razem ze swoim pomocnikiem Justinem ściga Alice, kobietę, która zabiła swoich rodziców. W kolejnych odcinkach okazuje się, że Alice sprytnie wywinęła się wymiarowi sprawiedliwości. Poza tym okazuje się bardziej przyjacielem niż wrogiem.

John Luther prócz problemów w pracy, zmaga się również z niezbyt szczęśliwym pożyciem z żoną Zoe. Okazuje się bowiem, że kobieta ma kochanka, z którym zamierza dzielić życie. John nie może się z tym pogodzić, nie rozumie gdzie popełnił błąd i co sprawiło, że żona go opuściła. Stara się jednak nie szaleć z wściekłości, choć trudno przyznać, żeby jego osąd był jasny. Detektyw daje się wciągnąć w chytrą grą swojego przyjaciela. Nie wie jednak, że nie powinien mu ufać.

Swoją drogą relacja John’a i Zoe jest dość dziwna. W końcu bycie kochanką własnego męża budzi pewne nadzieje na to, że do siebie wrócą. Gadanie, że spanie ze sobą, gdy ona ma już innego, jest tylko na pożegnanie, jest po prostu brutalne i podłe. Miałam ochotę wyrwać jej za to te wszystkie piękne loki, które tak bardzo lubię u Indiry Varmy.

Zaledwie kilka odcinków pierwszego sezonu trzyma w napięciu. Początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do formuły, w której każdy odcinek dotyczył właściwie czegoś innego. Ostatnimi czasy oglądam kryminały, których główny wątek ciągnie się od początku do końca danego serialu. Niemniej jednak postanowiłam przekonać się co takiego twórcy mają do zaoferowania. Powiem szczerze, że się nie zwiodłam.

Przede wszystkim duży, wręcz ogromny plus za postać John’a. Jako detektyw wcale nie był oklepanym charakterem. Potrafił utrzymać nerwy na wodzy w najbardziej strategicznych momentach. Nie był nabuzowany, wręcz starał się uspokajać sytuację, żeby tylko nie dopuścić do tragedii. Widać było, że cieszył się zarówno poważaniem jak i zaufaniem swoich współpracowników. Jego błyskotliwość, zdolność do dedukcji niejednokrotnie doprowadziły do schwytania mordercy.

Końcówka sezonu to był sztos. No chyba wszystkiego bym się spodziewała, ale absolutnie nie tego, co zobaczyłam. Szkoda mi było postaci, którą ostatecznie uśmiercono za niewinność, ale tak widocznie miało być. Bardzo podobała mi się też współpraca z Alice. Jej postać chyba najbardziej w serialu przyciągała uwagę 🙂

Bardzo cieszę się, że główną postać zagrał właśnie Edris Elba. Kiedyś miałam przyjemność zobaczyć go w filmie Obsesja zazdrości, gdzie grał zgoła przeciwny charakter do tego, przedstawionego w serialu. Świetny aktor w obsadzie i serial nabrał kształtu. Po seansie mam chęć na zobaczenie jeszcze innych produkcji z jego udziałem. Aż umieram z ciekawości, czy zawsze gra tak świetnie. Emocje, które oddaje zarówno poprzez gesty jak i mimikę twarzy sprawiają, że postać John’a Luthera jawi się jako prawdziwa i bardzo człowiecza. Luther nie jest wielkim superbohaterem, ale człowiekiem z krwi i kości, który prócz pracy ma również inne problemy.

Ale nie obrazicie się, jak trochę posłodzę na Alice Morgan? Ruth Wilson wcielająca się w jej postać, jest tu kwintesencją kobiecości, seksapilu, przebiegłości. Jest piękna, a przy tym mądra, potrafi zagrać na nosie wszystkim dookoła, ale ma wyjątkowy pociąg do John’a. Ich relacja z pewnością będzie się rozwijać, bo Alice nie jest kobietą, której nie można się pozbyć ot tak.

Dużą sympatią obdarzyłam także postać Justina. Ripley jest młodym detektywem, podlegającym pod rządy Luther’a, ale potrafi sam świetnie sobie radzić. Podobało mi się przede wszystkim to, że był prawy i uczciwy. Rzadko się zdarza, by policjant chciał postępować w ten sposób, kiedy ma sposobność do naginania prawdy.

Z niecierpliwością czekam aż zasiądę do kolejnych sezonów. A wy widzieliście ten serial? Jakie są wasze wrażenia?

Zdjęcie: Na Ekranie