Król wyjęty spod prawa – Outlaw King (2018)

Jeśli tak jak ja jesteście fanami filmów kostiumowych, z kapką historii, to ten film powstał specjalnie dla Was. Król wyjęty spod prawa – szlachetny człowiek czy samozwańczy przywódca?

Lubię Anglię. Ten język, akcent, kultura, Królowa Elżbieta i cała królewska rodzina. We współczesnym świecie, gdzie w większości państw rządzą prezydenci, królowa jest niedoścignionym wzorem pewnego rodzaju klasy i bezpieczeństwa swojego kraju. Możecie o tym poczytać przy okazji The Crown, bo dziś nie o Elżbiecie II ale o Anglii.

Anglia w moim mniemaniu zawsze była krajem silnym, nieprzejednanym, ale też trochę takim… w którym ludzie wysoko się noszą. Mam tutaj na myśli zachowania, gdzie ludzie uważają się za lepszych. Może niesłuszne jest to moje postrzeganie i nieco rozmija się w pierwszym zdaniem tego akapitu, ale… no tak właśnie widzę Anglię, co nie zmienia faktu, że chciałabym ją zwiedzić. W oparciu o nieznaną tudzież przemilczaną dotąd historię, powstał film „Król wyjęty spod prawa”, który kładzie trochę cienia na angielską nieskazitelność.

Robert I Bruce był szkockim szlachcicem, który po jakimś czasie stał się okrzykniętym przez tamtejszy lud królem Szkotów. Myślę, że średniowiecze, to nie był dobry czas dla żadnego państwa, ale walka z Anglią to było prawdziwe wyzwanie. Król Robert musiał stawić czoła najsilniejszej armii, dowodzonej przez króla Edwarda I i nieobliczalnego księcia Walii. Jego sprzymierzeńcy to ledwie garstka ludzi, ale za to hart ducha mają ogromny. Porwali się trochę z motyką na księżyc, ale właśnie tak to kiedyś wyglądało. Król wyjęty spod prawa, walczył o najwyższą stawkę. Nawet kiedy nie widziało się szans na wygraną, to szło się w bój, bo honor był najważniejszy. Dziś w obliczu takiej sytuacji większość ludzi uciekałaby z podkulonym ogonem.

W filmie widzimy również bardzo piękny wątek miłosny. W czasach, kiedy małżeństwa były ustawiane przez osoby starsze, bardziej doświadczone i upatrujące w tych związkach korzyści, raczej nie można było spodziewać się wielkiej miłości między małżonkami. A jednak! Młoda Elizabeth the Burgh wpadła w oko szkotowi już na pierwszym spotkaniu, a czas i okoliczności sprawiły, że zapałali do siebie ogromną miłością i dochowali sobie wierności. Nieważne, że król wyjęty spod prawa był wręcz skazany na niepowodzenie. Elizabeth była mu wierna do końca i wierzyła w niego tak, jak żona powinna wierzyć w męża.

Ten film został zrealizowany z prawdziwym rozmachem jak na produkcję, która raczej nie trafi do kin. Aktorzy świetnie odegrali swoje role. Elizabeth (Florence Pugh) była przeuroczą młodą kobietą, która musiała odnaleźć się w nowym miejscu, z zupełnie nowymi ludźmi u swego boku. Ponadto została żoną i macochą. Wykazała się przy tym wyrozumiałością i odwagą. Niewiele kobiet umiałoby w taki sposób uspokajać dziecko, które było zabierane do niewoli. Król Robert, cóż, jak to facet, kochał swoją rodzinę i swój lud i chciał zapewnić im wolność i bezpieczeństwo.

Walka o wolność to trudne zadanie, ale takie właśnie produkcje oddziałują na naszą wyobraźnię i każą zastanowić się nad tym, co my byśmy zrobili dla naszej ojczyzny. Z racji stulecia niepodległości właśnie nad tym pomyślmy – co my możemy zrobić dla Polski, tu i teraz, dziś i jutro.

Zdjęcie: Antyweb