Aż do kości – To the bone (2017)

Aż do kości – To the bone (2017)

Moda na bycie szczupłym opanowała świat do szaleństwa. Najgorzej, gdy przeradza się to w obsesję aż do kości.

O nowej produkcji Netflixa dowiedziałam się niedawno i od razu wiedziałam, że muszę ją zobaczyć. Aż do kości opowiada o młodej dziewczynie chorej na anoreksję. Jej ciało jest wyniszczone. Sińce pod oczami jakby w ogóle nie spała, obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają zapadnięte policzki. Powiedzieć, że ma żebra na wierzchu to nieporozumienie. Wygląda tak, jakby kręgosłup miał jej przebić skórę. Gdy Ellen trafia do specjalnego ośrodka pod opiekę doktora Beckhama wydaje się, że wyjdzie na prostą. To jednak nie jest takie proste.

Anoreksja, czyli psychiczny jadłowstręt dotyczy całej masy dziewcząt w Polsce i na świecie. Fałszywy obraz własnego ciała sprawia, że osoby chore nie dopuszczają do siebie myśli o utyciu choćby kilku gramów. To przerażające. Cieszę się, że powstała produkcja, która znów naświetliła problem, jednocześnie tak powszechny i tak pomijany milczeniem. Historia Ellen, może być bliska niejednej chorej osobie.

Nie ukrywam jednak, że kilka rzeczy w filmie nieco drażniło. Przede wszystkim na siłę wciska się ludziom, że związek homoseksualny jest źródłem wszelkich psychicznych problemów. Przede wszystkim, jeśli twórcy chcą dotrzeć ze swoim przekazem jak najdalej, powinni dać trochę na luz w tej kwestii. Równie dobrze rozstanie rodziców bez związku homoseksualnego mogłoby wpłynąć na pojawienie się depresji i innych schorzeń. Zasadniczo nie stwierdzono dokładnie, co było przyczyną głodzenia się Ellen. Są ku temu pewne wskazówki, ale Ellen nigdy nie nazywa swoich problemów głośno. Doktor Beckham nie mówi niczego innowacyjnego, opiera się na sztampowych powiedzeniach motywacyjnych. Hipotetycznie powinny zadziałać, ale jeśli kto jest na coś zafiksowany… jest ciężko.

Miałam nadzieję, że film mnie przerazi, zmrozi, zaszokuje, a tymczasem oglądałam go bez większych emocji. Jedynie pierwsza styczność z oglądaniem nagiego, tak chudego ciała mnie obrzydziła. Sądziłam, że oberwę obuchem w łeb i przez tydzień będę chodzić przeżywając w głowie losy bohaterów, tak jak miałam po serialu 13 powodów. Tymczasem zapewne szybko zapomnę o sprawie, chociaż ten temat jest tak ważny i tak dobrze, że go poruszono. Żałuję tylko, że potraktowano sprawę tak lekko. Może się teraz czepiam, ale myślę, że jako serial ta produkcja miałaby większa szanse przebicia, bo można byłoby pokazać drogę od chudnięcia, po wychodzenie z problemu. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że po filmie ruszy fala uświadamiania zwłaszcza młodych ludzi, że celowe wychudzenie się wcale nie jest dobre. Brak kontrowersyjności, trzymanie się bezpiecznego tonu może jednak sprawić, że produkcją, a przede wszystkim problemem nie zainteresuje się tyle osób, ile powinno. Mocne akcenty przyciągają, a tu niestety ich brakuje.

Mimo wszystko bardzo dobra rola Lily Collins. To musiało być masakryczne przeżycie, by odchudzać się do roli. Zagrała bardzo dobrze, chociaż w przypadku tej produkcji znacznie bardziej wzrok przykuwał Alex Sharp w roli ekscentrycznego Luck’a. Keanu Reeves ograniczony był do rzucenia kilku psychologicznych haseł, a szkoda, bo jego rola mogła naprawdę dużo wnieść. Mam wrażenie, że bardziej wyrazista była młoda Liana Liberato, w roli przyrodniej siostry, która jako jedyna z postaci wraziła na głos swoje prawdziwe odczucia odnośnie zaistniałej sytuacji. Była autentyczna w tym, co mówiła, jakby ten problem dotknął jej w prawdziwym życiu. Pochwalę za to scenografię, nieprzerysowaną, można nawet powiedzieć, że dość ograniczoną, ale za to nieprzerysowaną, co sprawiało, że film wydawał się bardziej ludzki i bliski problemom i rozterkom zwykłych, szarych ludzi.

Anoreksja to paskudna choroba. Nikomu nie życzę, by go dotknęła. Mam nadzieję, że ruszy znów fala uświadamiania, jak wielki i jak ważny jest ten problem. Znacie kogoś z anoreksją? Może się z nią zmagacie? Dajcie znać w komentarzach lub na maila kontakt@myikultura.pl.

Zdjęcie: wyborcza.pl

Zapisz

Zapisz